w uszach ciągle rozbrzmiewają wymownie głębokie i poruszające każdy skrawek ciała (przyprawiający o mroźne, upojne drgawki) nuty, dźwięki, krzyki. pomiędzy uderzeniami bębnów i niesamowitą melodią, pędzących skrzypiec człowiek jest w stanie krótkimi scenami, jakby urywkami, klatkami filmu po części wytłumaczyć sobie tajemnice zarazy zazdrości. to chore, że gdzieś po drodze to okropne uczucie, tak mocno ociera się o lewe ramie szczęścia. to przez uśmiechy, gesty, proste czyny i łatwe kroki, a przede wszystkim osiagnięcia zatraca się on desperacko w patową otchłań niczego-w-niczym.
nigdy nie będzie tak, że wyciągając w niebo ręke, dosięgniesz czegokolwiek.
tu potrzeba drabiny,
z własnoręcznie ohlebowanych desek, zdobytych gwoździ i zużycia większości podkładów naszych sił oraz energii - i jeszcze, potrzebny będzie ktoś, kto ją podtrzyma, kiedy będziemy już na prawdę wysoko.
w łyku inspiracji. właśnie. niech mnie kura jajem nie trzaska, ale to prawda, że zagubiony człowiek rozszczepia każdą swoją myśl na dziesięciokroć większą liczbę nowych, możliwych idei. ta świadomość zupełnie nic nie zmienia w człowieku. jakby to było kolejnym koralem w naszyjniku zawieszonym na twojej szyi. a ty po prostu, kompletnie nie zwracasz uwagi, że ten jeden, jest tak na prawdę bardziej czerwony, od tego obok.
psycholog przyporządkowałby pewnie temu jakąś trudną, złożoną nazwę, jednocześnie określając; po części jakby wydając wyrok, orzekający zaburzenia psychiczne, spowodowane straceniem części swojego serca, umysłu, czasu i wszelkich sił. ja natomiast nazwałabym to utraceniem części wolności. bo od wtedy właśnie, każdy dzień zamyka się niemalże w ten sam sposób. szczęśliwie, bo z Tobą, ale równie nieszczęśliwie, bo i bez niej. czuję, jakbym była martwą studnią, która co krok, zapada się sama-w-się. brakuje mi bliskiej kobiety, która będzie jednocześnie taka dla wszystkich i tylko dla mnie. nie dam rady być dla wszystkich, tak jak teraz, nie mając sama dla siebie takiej osoby. straciłam Cię, ale tak było lepiej. wszyscy o tym wiemy.
solo ho scelto la solitudine...
doskonale, kolejno dograne klatki w moim scenariuszu, okazały się zbyt dużym wyzwaniem, postawionym mi przez Reżysera. jestem pewna, że podczas mrugnięcia okiem, w trakcie którego powstawało to niesamowite dzieło, brał On również pod uwagę, brak profesjonalizmu, który momentami wręcz kipi z rąk głównej bohaterki. trudno jednak powiedzieć czym dokładnie spowodowane jest owe zagubienie w ogólnej roli. jedyne, na co mogę się ośmielić, to rzucane pojedynczo frazy, które tak na prawdę, zapewne dopiero przy jednym z ostatnich zdań, finalnie złożą się w coś sensownego.
tymczasem na ziemi nastała wiosna
nasze ekspresyjne spojrzenia błądząc, jednocześnie stapiają się w jakiś niesamowity, niezniszczalny metal.
tylko Ciebie mi brak
zielone, prześwietlone spojrzenie przepełnioną czystą afirmacją życia.
piętno człowieczeństwa wyciska ostatnie tchnienia i soki z wciąż tętniącego istnienia.
ALE w najprawdziwszym odczuciu jutra, ukrywam możliwie najszerszą wersję swojego uśmiechu. nie każ mi być jedynie płatkiem śniegu, nieśmiale spoczywającym na twoim ramieniu - pozwól mi łagodnie dotknąć twojego nosa, subtelnym ruchem dłoni
z jednocześnie promieniejącym, fachowym wypełnieniem całej, otaczającej nas przestrzeni.
żaden dom nie jest na tyle daleko, aby nie móc zapukać do jego drewnianych drzwi. pojedynczymi ujęciami, klatka po klatce śledze pędzący pociąg, zmierzający w nieznanym mi kierunku. Wszystkie drzewa jeszcze śpią.
trajektoria lotu wystrzelonego pocisku, zakrzywia sennie namacalną rzeczywistość. il mano che non appartiene a nessuno, nieskrępowanymi ruchami rozmazuje wyraźny obraz twojego pogodnego oblicza, szkicującego wylewność wszelkich emocji w kolorach najprawdziwszej tęczy. kolejna zżółkła, przypalana kartka w twojej kieszeni jest dowodem na nieskazitelność drugiego życia, a jednocześnie także niepojętą zwykłość szarej, powielanej niejednokrotnie egzystencji. to pewne, że w tej studni, nie znajdziesz prawdy - to ona po zatopieniu w swojej głębi, błękitnego puchu nieba, domaga się tych kilku soczystych, podeptanych źdźbeł traw, w pełni zgodnych z rzeczywistością.
leczę duszę z silnego przedawkowania rzeczywistości.
venerdi, 17.dicembre.2010, 18:37miliony słów cisnących się na usta
i jednoczesny brak umiejętności ich ułożenia w odpowiedniej kolejności i dopasowaniu.
"Musisz odnaleźć nadzieję i nieważne,
że nazwą ciebie głupcem."
Rozpuszczam się w tym twardym świecie, pełnym labiryntów, okrojonych wizji jutrzejszego piękna wstającego słońca. Oh, niechciana jutrzenko - przyjdź pomimo lamentów wielu; nie pozwól się rozerwać,
porozrzucać beznamiętnie po kątach szarego pokoju.
Bądź jak mydlana bańka, odbijająca rzeczywistość, ubarwioną odcieniami najobfitszej palety barw.
Stań się delikatnym motylem, wkradającym nie śmiało pomiędzy granice duszy i ciała - rozgryź wszelkie bariery dzielące dzisiejszy dzień z wczorajszym.
W końcu, powiedz czule dzień dobry,
nie walcząc przy tym z puszystymi płatkami śniegu, muskającymi nosy przechodniów pobliskiego parku, przedstawionego w złocistych odcieniach. Odważ się być najsilniejszą iskrą nowego dnia, rozpalającą chwiejno-ustabilizowane płomienie w ludzkich umysłach.
Finalnie, ustaw poprzeczkę na takim poziomie, aby każdy kolejno postawiony krok tego dnia,
musiał być wykonany z akrobatyczną precyzją, by móc dosięgnąć dzisiejszego skrawka nieba.
cause today, that was yesterday
martedi, 24.agosto.2010, 15:18jak odmienić los, zmienić tor spadających z nieba kropli. jedna za drugą, w szeregu i jednoczesnym wysunięciu poza kolumnę, niczym manifestujący swoją odrębność i niezgodę na obecną wersję świata Cezary.
jak gdyby przy pomocy graficznych mechanizmów, złożonych architektonicznych myśli oraz pomysłów - spowolnienie. wiara we wszelkie umiejętności.
każdy
kolejny
oddany
fragment swojego istnienia, swojej przeszłości, swojego ja i unknown future - rozkrusza się przy nieumiejętnym podaniu. na złym talerzyku i nieodpowiednią łyżeczką. niedokładnie. w zły sposób. nie-ostrożnie
nie powiem ci, co to na prawdę jest
przyszłość potrzebuje wielkiego całusa na rozbudzenie.
pochłania mnie praca, tak bez reszty.
- 'jak włożysz głowę do popcornicy, to prawie jak wystawienie pyśków do słoneczka'
tykający zegar.
żadnych większych korzyści, nic dla ducha. nic dla psychicznego odpoczynku od zgiełku i humorów ludzi. żadnego oderwania. jedynie widoczne korzyści materialne - ładnie mi w zielonym.
delikatny głos
usuwający wszelkie spory
i niedomówienia.
bez reszty ożywiający,
unoszący
ponad szyderczym zwrotem do drugiego człowieka
jak korzystać teraz z kolejnych okazji?
jeden, drugi, trzeci etat?
nie narzekam, wszystko się jakoś układa puzzel za puzzlem, ale jakoś... jakoś tak inaczej niż przewidywałam. ani lepiej, ani gorzej tylko tak zwyczajnie obojętnie wobec wszystkiego. niemalże. choć
nie,
jednak po prostu inaczej.
Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni
domenica, 18.luglio.2010, 19:11a może... jednak? pozytywne wibracje! tak niesamowity element zaskoczenia, w jednej chwili jak przy zakręceniu palcem z magicznymi własnościami w architekturze powietrza. to wspaniałe, że pomimo wszystko moja szkoła przetrwania, jak ładnie to nazwał pan ochroniarz rozpocznie się dopiero w październiku. chwilowo nadmiar i zróżnicowanie materiału mnie przytłacza, ale wierze, że będą to równie ciekawe 3/5 lat/a, jak rysują się w tym momencie.
i piękny Wrocław wita nas już za 7 dni! ileż cyfr w tym całym rozrachunku życia z rzeczywistością, starcie godne stanięcia face to face z przeznaczeniem. wszystko zaplanowane do perfekcji, teraz byle bez przypadkowego piśnięcia. to ma być niespodzianka.
w ostatecznym rozrachunku dnia dzisiejszego, w barwach zachodzącego słońca, mieniącego się w kroplach spadającego momentami z nieba deszczu został podjęty cudownie-najpiękniejszy z możliwych wyborów, mianowicie - nauka_i_sztuka!
pytania o wysokiem priorytecie, bez odpowiedzi.
sabato, 17.luglio.2010, 23:11kurczę, świat jest tak strasznie na NIE. Ty wciąż się starasz, a on wciąż Cię nie docenia. wejście do coraz to głębszej wody, w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego sformułowania, w odniesieniu do życia duchowo-cielesnego. w końcu więcej sportu, rozkosz dla ciała, rozpita tęsknota. a jednak dusza nadal krzyczy, że muzyka relaksacyjna w białych skarpetkach na stopach zanurzonych w piaskowej soli nie daje do końca pożądanego efektu. wciąż się starasz, CIĄGLE ale od kolejnych ścian odbija się: - "kurcze, no nie wiem".
i jaki sens ma wykonanie kolejnego ruchu na tej szachownicy, skoro jak się później okazuje, cała taktyka zostaje obalona niemalże w jednej chwili. nie stopniowo, ale właśnie pod sam koniec, kiedy miałaś nadzieję kąpać się w szczęściu przy magicznym 'szach-mat!' i tak oto On układa wszystko według swoich planów, a nam pozostaje jedynie się temu spokojnie przyglądać i całkowicie podporządkować.
teraz tylko cholernie mocno, to raz od serca, to raz od głowy odbija się niemy krzyk: 'sztuka, czy nauka?'
con gli occhi bassi, stavo in fila con i disillusi.
sabato, 5.giugno.2010, 00:16come te, nessuno mai
i ta unosząca się muzyka. w niczym nie szukasz już szerokopasmowego dźwięku wysokiej jakości. zadowalają cię pojedyncze brzmienia, bicia ludzkich serc. byle bez głębokich spojrzeń, bo czegóż tam szukać?
pragnęłaś prostoty, a otrzymałaś jedynie obłudę z gestem oplucia twarzy, przy towarzyszącym temu słonecznie-ciepłym sorriso.
kwestia kilku spraw,
a tak na prawdę tysięcy wyborów, które życie rzuca nam ciągle e ancora pod nogi, jakby na złość; jak gdyby chciało nas zniszczyć.
czy w uszach gra dalej ta melodia-mgieł?
se no, ritorni all`inizio.
to nie dziś, jutra nie ma.
najcięższe z pytań, otwierają ciężkie klapy na oczach, które samowolnie nakładamy na pokazujące-dusze, w czasie
z nadaną mu etykietą - niewytłumaczalny/e.
chciałabyś napisać, że tak na prawdę każdego dnia upadlasz tą prze-cudowną Miłość i miłość.
Ciemność i strach wypływający z nocy, odsłania nagość,
ukrytą tajemnicę,
która przykrywa nazwę prawda
/jutra nie ma, to nie dziś.
I can't see what's out there for me.
sabato, 8.maggio.2010, 18:58przesiąknięty treścią
nie udawaj, już więcej.
tyle rzeczy ostatnio na głowie, jeden wielki śmietnik
w torebce.
i ziołowe wspomagacze na zredukowanie un livello dello stress.
nie, dziękuje za papierosa. znam inne metody.
shake. zdenerwowanie, pomieszane z kropelką czegoś słonego; nutą smutnego spojrzenia, rozrywającego w osobliwy sposób serce na dziwne w kształcie kawałeczki. i szczypta uśmiechu. shake, shake it! wybuchowy miks, stanowiący równocześnie nieświadome przeniknięcie przez szklaną ścianę.
wiele-i-nic nieznaczący rok jesieni, i rok gruszy. obszerny i bogaty w szczegóły świat. i gdzieś w nim, tak niesamowicie heterogeniczny względem reszty, człowiek. liść, lub drzewo.
wspaniała soczysta zieleń, przy boku homo z rodzaju ssaków naczelnych,
o porywająco długich nogach i zjawiskowej figurze.
wokół solo il sole splende.
po prostu.
gdzie ten spowity mgłą poranek?
brzask przysłania płynącą z nurtem zefira myśl.
witam Was w pół-uśmiechu, w domu o zielonych progach.
w Tobie moja siła i moc, największa z ogromnych. invincibile
całą siłą serca, pragnę złożyć hołd Twemu Imieniu.
jakby w oderwaniu, od całości - już dawno udało mi się wrzucić to wszystko do jednego pudełka. najtrudniej było to wszystko poukładać, w odpowiedniej kolejności, dopasowaniu, czystym zastosowaniu wobec życia. Dziękuje za te słowa, które przyjęte po raz tysiąc-pierwszy, od kolejnej już osoby, stały się prawdą dla serca i podsumowaniem całej nauki, płynącej z tej miłości.
czy można wierzyć, że jutro przyniesie ze sobą prawdę, której jeszcze dotąd nie zdołało się odkryć? że Twój uśmiech będzie najmilszym wspomnieniem dotychczasowego życia, słodkiego okresu, bez słonego smaku - już nigdy?
w beztroskim odczuciu delikatnego wiatru
i przekonaniu, że w słońcu ludzie wyglądają tak, jakby zasługiwali na to, aby żyć.
... a może jednak pomógł? chyba zamknął umysł i usta na możliwie niepotrzebne, wylewne frazesy; przecedził całość, nadając im większego sensu, choć wtedy one mogły wydawać się niczym.
większe skupienie człowieka na problemie, próbie jego od wewnętrznego, etapowego zrozumienia, niż nerwowym sklejaniu zdań.
lukier, miód, liryczne cudo. ta zaklęta część świata, g d z i e ś jest, wiem.
czas leczy rany, ktoś otwiera cicho drzwi, karmi złudzeniami.
zaklęte złudzenia kolejnych dni -
ścian czterech pośród ciszą z
eibeiC zeb ind mijają tak
doceniając zachód i poranek
odrywasz wymięte policzki.
szklane barwy.